Blisko, blisko, coraz bliżej…

Trzy tygodnie temu dowiedziałem się, że w sprawach zawodowych muszę być w Krakowie 21 kwietnia. Coś mnie tknęło i zaraz spojrzałem w biegowy kalendarz. Okazało się, że pamiętałem dobrze – dzień później miał się odbywać maraton w Krakowie. Decyzję podjąłem w jednej chwili. Startuję ! Mimo, że nigdy w Krakowie nie biegałem, ani tego maratonu nie miałem tym bardziej w planie. Zwłaszcza, że od mojej rzymskiej wpadki upłynął ledwie miesiąc w czasie którego nic specjalnego – w sensie biegowym – nie robiłem. Coś tam sobie biegałem, tak dla podtrzymania formy i jeden raz zrobiłem dłuższe wybieganie na 30 km. Ponieważ wyjazd do Krakowa nie był wcześniej planowany, więc i założeń pod ten maraton żadnych nie miałem. Po raz pierwszy, miałem wystartować na luzie, na zasadzie – co ma być, to będzie… I tak oto, nikomu nic nie mówiąc o swoich biegowych planach, wylądowałem w Krakowie. W sobotę, prawie cały dzień padało i było chłodno, więc sądziłem, że w niedzielę będzie podobnie. Odebrałem pakiet startowy i postanowiłem jednak przyjąć jedno, przedstartowe założenie, a mianowicie takie, że pobiegnę tak, jakby maraton miał tylko 30 km, a dalej to się już zobaczy na trasie… Prawdę mówiąc, z profesjonalizmem w bieganiu maratonów takie podejście nie miało nic wspólnego. Zaraz jednak przypomniałem sobie moją rzymską klęskę, gdzie wszystko planowałem, rozważałem w najdrobniejszych szczegółach, a wyszło jak wyszło… Teraz, zdecydowałem, że będzie inaczej, więc się niczym nie przejmowałem, a wieczorem zjadłem nawet dużą pizzę i wypiłem jeszcze większe piwo.
Rano w niedzielę, niespodzianka – zamiast ołowianych chmur nad Krakowem pojawiło się błękitne niebo i piękne słońce. Godzinę przed startem byłem już na miejscu. Ku mojemu zdziwieniu, wcale nie odczuwałem zwykłej, przedstartowej gorączki i nawet spokojnie usiadłem sobie pod płotem obserwując tłum podekscytowanych biegaczy. Starałem sobie za to przypomnieć, który to już raz staję na maratońskim starcie. Wyszło mi, że już chyba około dwudziesty, ale pewien nie byłem. Za to, dość szybko ustaliłem swoją taktykę na ten dzień. Była nadzwyczaj prosta – pierwsze 30 km w 2:30, a dalej się zobaczy… Pogoda była bardzo przyjemna, organizatorzy też mocno się starali, żeby uczestnicy maratonu byli zadowoleni, więc i czas do startu płynął szybko w miłej atmosferze.

O 9:30 ruszyliśmy. Pierwsze kilometry były również bardzo przyjemne, w ocienionych uliczkach zabytków Starego Miasta i przez Główny Rynek obok Sukiennic (i to dwa razy !). Po prostu bajka ! Nic dziwnego, że cudzoziemców biorących udział w krakowskim maratonie przybywa, chyba najszybciej w Polsce – w tym roku już z ponad 30 krajów. Biegło mi się super, do momentu gdy zobaczyłem swój międzyczas na 10 km – 47:50, aż o ponad 2,5 minuty szybciej niż powinienem się tam pojawić ! Pomny, wielu przykrych doświadczeń z wcześniejszych maratonów zacząłem zwalniać. W okolicach Wawelu zauważyłem, że było już dużo cieplej niż rano, ale mknąłem chyżo dalej. Mimo zwalniania miałem problemy z utrzymaniem właściwego dla mnie – wolniejszego – tempa i na 15 km moja ”nadróbka” czasowa wynosiła już 3 minuty. Nawet nie zauważyłem, gdy w prawie nienaruszonym stanie, pokonałem „połówkę” w niecałą 1 godzinę i 43 minuty ! Tymczasem z opaski, którą miałem na ręku wynikało, że zrobiłem to znowu o 3 minuty za szybko. Ciekawe, na którym kilometrze zostanę za to ukarany, pomyślałem…W tzw. międzyczasie wybiegliśmy na szosę prowadzącą do Nowej Huty i tam dopiero maraton zaczął się na dobre – żadnych drzew, ani budynków, wielokilometrowy asfalt z przodu i prażące słońce. Teraz już naprawdę zacząłem zwalniać, czekając kiedy mnie „zetnie”… W okolicy, 24 kilometra minąłem jeszcze jakiegoś Japończyka w koszulce z napisem „Drunken Samurai” (pijany samuraj), który wcześniej zaraz po 10 kilometrze dość szybko mi uciekł.

A tak przy okazji, to bardzo lubię czytać różne fajne napisy na strojach w których ludzie biegają te swoje maratony. Z tego ostatniego w Rzymie, nie zapomnę ślicznej blond dziewczyny (chyba z Norwegii), która na szortach na pupie miała wypisane: „don’t even think about it !” (nawet o tym nie myśl…). Wracając do Krakowa, to niestety, dwa kilometry dalej to mnie z kolei dogonił pacemaker z balonikiem na 3:30, co oznaczało, że z mojej „nadróbki” czasowej już nic nie zostało. Ale jakoś mnie to specjalnie nie zmartwiło i postanowiłem biec dalej swoje, obserwując oddalający się balonik. W końcu, mój dzisiejszy maraton ma tylko 30 km, a dalej się zobaczy – przypomniałem sobie. Bez przerywania biegu dokończyłem batona, oblałem głowę i ręce wodą pochwyconą z punktu odżywiania i podążałem dalej. Postanowiłem nie patrzeć na zegarek, aż do 30 km… Kiedy w końcu trzecia „dycha” pękła, myślałem, że mi ta woda jeszcze z oczu nie spłynęła, bo jak wreszcie spojrzałem na zegarek to nie wierzyłem temu, co widzę – 2 godz. 28 minut ! A ja wciąż mogłem biec swoim tempem, mimo naprawdę dużego już gorąca. Jakoś mnie to podniosło na duchu i zacząłem coraz częściej mijać biegaczy, którzy na wcześniejszych kilometrach pozwalali mi oglądać co najwyżej swoje plecy. Teraz oni przechodzili do marszu…

Starałem się wciąż kontrolować własne tempo, bo upał był coraz większy, a mnie już został tylko jeden żel Vitargo i puste bidoniki w pasie biegowym. Dalej byłem więc już zdany wyłącznie na organizatorów, którzy nie wiedzieć czemu na drugiej „połówce” maratonu postanowili utrudnić biegaczom zadanie, podając międzyczasy na tak nietypowych punktach trasy, jak: 27, 32 lub 37 km. Zamiast jak wszędzie indziej, po 25, 30 i 35 kilometrze. W efekcie, co sam widziałem, wielu maratończyków miało problemy, żeby się połapać w jakim tempie biegną. Mnie, po 30 km to już specjalnie nie przeszkadzało, gdyż z braku wcześniejszych założeń, biegłem nadal swoim tempem, choć już oczywiście wolniejszym, wskutek panującego na „nowohuckiej” szosie upału. Wreszcie, z ulgą dobiegłem do nadwiślańskiego fragmentu trasy maratonu w Krakowie. Tutaj było już na szczęście chłodniej (wiaterek od rzeki i drzewa…). Mimowolnie zacząłem przyśpieszać. Może dlatego, że nie widziałem już przed sobą mocno dołującej, asfaltowej wstęgi do Nowej Huty, lecz zielone alejki nad Wisłą. I jak tak sobie biegłem, nagle szok ! Oto, pacemaker z balonikiem na 3:30 maszerował wzdłuż alejki, którą właśnie pokonywałem ! Nie wytrzymał własnego tempa ? Coś mu się przytrafiło, a może ze mną nie jest jeszcze, aż tak źle. Po raz kolejny się przekonałem, że z tymi pacemakerami na maratonach naprawdę różnie bywa… Raz biegną za wolno, czasem zdecydowanie za szybko i kierowanie się tylko widokiem balonika – zamiast własnym zegarkiem – może zaprowadzić niejednego biegacza na manowce…

Niestety, mój międzyczas na 37 km (3:02 godz.) niewiele mi powiedział poza tym, że pozostało do końca jeszcze 5 km, a ja miałem zero wiedzy na temat ostatniego odcinka trasy krakowskiego maratonu, który wracał znad Wisły w kierunku miejsca startu. Ale wtedy, biegłem już niemal jak w transie, mijając pod drodze kolejnych biegaczy (jak się potem okazało na mecie, wyprzedziłem ich na ostatnich kilometrach około setki !). Niestety jednak, w tym maratońskim amoku nie zauważyłem, że moje własne tempo także spadało, a to, że mijam kolejnych rywali nie wynikało z tego, że ja biegłem, tak szybko, ile z tego, że oni poruszają się tak wolno… W efekcie, na 40 km maratonu już wiedziałem, że bariery 3:30 znowu nie złamię, gdyż było wykluczone, abym ostatnie 2 km pokonał w tempie Usaina Bolta. Gdy przekraczałem linię mety, zegar pokazywał 3:32:31, co było – i odtąd jest – moim nowym rekordem życiowym w maratonie, o minutę lepszym od poprzedniego. Chociaż znowu nie złamałem tej przeklętej bariery 3:30, z którą mierzę się już od ponad 2 lat, byłem zadowolony. W Rzymie poniosłem zupełną klęskę. Tym razem w Krakowie, było o wiele lepiej. Gdyby było o kilka stopni chłodniej, to kto wie… Wprawdzie znowu się nie udało, ale teraz już wiem, że stać mnie na wynik poniżej 3:30 godz. Może znowu jesienią w Poznaniu ? W każdym razie, aby złamać 3:30 w maratonie trzeba utrzymać na całym dystansie średnie tempo 4:59 min/km. W Krakowie, moje średnie tempo wyniosło 5:02 min/km, czyli jestem już bardzo, bardzo blisko. Jeszcze tylko 3 sekundy na kilometr szybciej i cel zostanie osiągnięty…

Święta i bieganie…

Będzie o jedzeniu, a właściwie o… świątecznym obżarstwie. Święta Wielkanocne już za nami . U mnie w domu było tradycyjnie, czyli po domowemu – jajeczka (jedno = 90 kcal), śledzik w oleju (200 g = 918 kcal), boczuś pieczony (350 g = 1360 kcal !), pasztet (350 g = 454 kcal)… A na obiadek – rosół z makaronem (jeden talerz = 555 kcal) i gąska pieczona (300 g = 1017 kcal !). Później oczywiście po kawałku świątecznych (czyli wysokokalorycznych…) ciast. I jak tu po tym wszystkim biegać ?! Dzień po świętach moja łazienkowa waga była bezlitosna – 73,5 kg ! Policzyłem szybko swoje BMI (czyli Body Mass Index), wyszło 23,5. Teoretycznie nieźle, waga całkiem prawidłowa, ale ja wiem, że to jest o co najmniej 2 kg za dużo ! W końcu w maratonie liczy się przecież każdy, dodatkowy kilogram. Wystarczy pomnożyć 30-35 tys. kroków, które trzeba zrobić na całym dystansie przez te, „poświąteczne” 2 kg i wszystko jasne… Jak nie zbiję – w bokserskim żargonie – wagi, będzie ciężko. Dosłownie i w przenośni…
Dla poparcia powyższej tezy “naukowym” dowodem sięgnąłem z ciekawości do literatury biegowej, żeby sobie przeczytać coś więcej na temat zależności wagi i biegania. No i sobie poczytałem ! Oto kilka, ciekawych informacji na ten temat: Paul Tergat (były rekordzista świata w maratonie) przy 181 cm wzrostu waży zaledwie 61 kg (BMI=18,6), Jerzy Skarżyński – ma 176 cm wzrostu, a jego waga startowa – kiedy był członkiem polskiej kadry narodowej – wynosiła 62-64 kg (BMI = 20,0-20,7), Jan Huruk – 178 cm i waga startowa 63 kg (BMI=19,9), Grzegorz Gajdus – były rekordzista Polski w maratonie ma 181 cm wzrostu i 67 kg wagi startowej (BMI= 21,1). Nieźle, co ? Ale panowie to pikuś… Oto analogiczne dane dla kilku pań. Paula Radcliff (rekordzistka świata w maratonie) – 173 cm wzrostu i 54 kg wagi (BMI=18,0), Małgorzata Sobańska – 165 cm i 53 kg (BMI=19,5), Monika Drybulska – 160 cm wzrostu i 46 kg wagi startowej (BMI =18,0). Bez komentarza… Jakby ktoś chciał sobie policzyć, swój poświąteczny BMI to przypominam wzór: aktualna waga ciała (w kg) podzielona przez swój wzrost do kwadratu.
Na koniec małe przypomnienie: 30 minut biegu z prędkością 10 km/h umożliwia spalanie – 300 kcal (u kobiety ważącej ok. 60 kg), 375 kcal (mężczyzna 75 kg). Czyli żeby spalić tylko świąteczną “gąskę” trzeba biegać co najmniej przez 1,5 godziny. Oj, chyba nie jeden biegacz będzie miał po ostatnich świętach nieco “pod górę”…

Zawodnicy Sklep Biegacza Team

Nadszedł wielki dzień ogłoszenia listy zawodników, którzy dołączą do naszego zespołu. A oto oni:

Andrzej Juraszek

Jerzy Szołdra

Tomasz Kura

Łukasz Wierzbicki

Kamil Gajewski

Tang42 (nick)

qjonik (nick)

bananek (nick)

Radek Wojniłłowicz

Łukasz Bezulski

Bartłomiej Chećko

Mariusz Niemas

Danuta Piskorowska

 

Gratulujemy i życzymy wielu rekordów życiowych!

 

Przypominam również, że rekrutacja trwa cały czas! Każdy może do nas dołączyć!

Komplety Adidas – wyniki

Z przyjemnością ogłaszamy, że wytypowaliśmy pięcioro nowych liderów naszego zespołu.

Oto osoby, których cele na 2012 rok wydały nam się najciekawsze:

Danuta Piskorowska

Mariusz Niemas

Łukasz Wierzbicki

Krystian Kalinowski

Jerzy Szołdra

Gratulujemy zwycięzcom i przypominamy, że już za tydzień ogłosimy listę zawodników Sklep Biegacza Teamu. Zapraszamy również chętnych do dalszego zgłaszania swoich tekstów biegowych. Do zespołu będzie można dołączyć przez cały sezon!

Powrót na tarczy, czyli o rzymskiej klęsce biegowej…

Nakręcono kiedyś w Rzymie wspaniały film pod tytułem „Rzymskie wakacje” z Audrey Hepburn i Gregory Peckiem w rolach głównych. Natomiast w ostatnią niedzielę – 18 marca 2012 roku, gdyby ktoś chciał, mógł nakręcić również w Rzymie – kiepski film pod tytułem „Rzymskie męczarnie” z jeszcze bardziej kiepskim odtwórcą głównej roli… w mojej osobie. Fabuła filmu mogłaby się z grubsza osadzać wokół: porywania się przez niektórych ludzi z motyką na słońce, albo wokół braku umiejętności biegania dystansów maratońskich w ogóle, albo wreszcie wokół bolesnej lekcji pokory i szacunku, jaki należy się temu biegowi, o czym niektórzy zbyt pewni siebie ludzie raczą zapominać… Tak czy owak, wspomniany film byłby raczej dość krótki i mógłby się na przykład zaczynać piękną sceną startu biegaczy pod wspaniałymi murami Koloseum prześwietlanymi promieniami wschodzącego słońca, a po krótkiej akcji, kończyć się w niemniej malowniczej scenerii okolic Placu Św. Piotra, gdzie odtwórca głównej roli z głową posypaną popiołem idzie sobie do… domu, czyli tam gdzie jego miejsce, a nie na trasie biegu maratońskiego. Nie wiem tylko, czy ktokolwiek chciałby obejrzeć taki film.

Podobno, porażki w naszym życiu są znacznie cenniejsze, niż zwycięstwa bo uczą nas więcej i pozwalają wyciągać z nich wnioski, celem późniejszej poprawy. Pod warunkiem jednak, że się wie, jakie wnioski należy z nich wyciągnąć, żeby się te porażki więcej nie powtórzyły.
Niestety, ja nie wiem i nie potrafię w żaden logiczny sposób wytłumaczyć, co się ze mną stało po około 15 kilometrach rzymskiego maratonu, kiedy opuściły mnie kompletnie wszystkie siły i prawie stanąłem w miejscu. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby mi ktoś nagle wyłączył prąd, albo odciął dopływ benzyny. Jak sobie wyobraziłem, że mam jeszcze do pokonania 27 km to zrobiło mi się jeszcze bardziej słabo i po raz pierwszy tego dnia, chciałem zejść z trasy. Zbyt wiele bowiem maratonów ukończyłem, żebym nie wiedział, co mnie dalej czeka – coraz większe męczarnie i powolne konanie z kilometra na kilometr… No cóż, pomyślałem wówczas – pewność siebie i brak pokory zostały surowo ukarane, więc postanowiłem mimo wszystko bieg kontynuować, żeby dobrze sobie zapamiętać gorycz tej rzymskiej porażki, jak przyjdzie mi na myśl pobiec jeszcze kiedyś następny maraton…
Co było dalej ? Właściwie nie ma o czym pisać, bo jeśli ktoś choć raz ukończył maraton ten dobrze wie, co mogło być dalej, zwłaszcza po 30 kilometrze… Wcześniej jednak, chciałem zejść z trasy po raz drugi, gdzieś na 27-28 km, kiedy truchtający koło mnie gość – o wyglądzie, całkiem normalnego biegacza – nagle runął nieprzytomny na asfalt. No nie powiem, ale trochę się wtedy przestraszyłem ! Na szczęście karetka podjechała błyskawicznie i zabrała go z maską tlenową na twarzy. Zauważyłem wówczas, że zrobiło się naprawdę gorąco. Było z pewnością dobrze ponad 20 stopni w cieniu, słońce nieźle przypiekało, a ja miałem do pokonania jeszcze wiele, ciągnących się niemiłosiernie maratońskich kilometrów. Dokuczały mi bóle w mięśniach czworogłowych obu nóg, co jakiś czas łapały mnie skurcze dwugłowych i łydek. Poza tym, piłem straszne ilości wody, (polewając się również obficie), więc nie trzeba było długo czekać na pojawienie się pierwszej kolki. Z trudem oddychałem, a moje tętno przekraczało maksymalne wartości nawet przy lekkim truchcie. W takim mniej więcej stanie dotarłem w okolice 37 km, kiedy minął mnie pacemaker z balonikiem na 4:15. Przez chwilę nawet próbowałem się z nim “zabrać”, ale zaraz okazało się, że nie jestem w stanie utrzymać tak …szybkiego tempa. Wtedy, chciałem zejść z trasy po raz trzeci, bo naprawdę już ledwo powłóczyłem nogami, a pęknięty pęcherz gdzieś na prawej stopie dopełniał obrazu nędzy i rozpaczy, jaki musiałem wówczas przedstawiać. Psychicznie czułem się jak zbity pies i nawet widok hiszpańskich schodów na Piazza di Spagna, ani przepięknej Fontana di Trevi nie zrobiły na mnie wrażenia. Myślałem już tylko o tym, żeby się nie zatrzymać, bo wtedy już bym chyba dalej nie ruszył. Wreszcie, po długim podbiegu na ostatnim kilometrze wokół Koloseum zobaczyłem linię mety i poczułem niewyobrażalną ulgę, że to już koniec tych męczarni.

I to byłoby na tyle mojej rzymskiej opowieści. Co się stało ? Nie wiem. Gdyby mi ktoś powiedział przed startem, że po 15-ym kilometrze będzie już po mnie, chyba bym w to nie uwierzył. W końcu przebiegłem na treningach w tym roku, ponad 500 km i to w ciężkich, zimowych warunkach, a mój średni treningowy dystans wynosił 17-18 km (!). Cztery tygodnie wcześniej ukończyłem półmaraton w niezłym jak na ekstremalne warunki pogodowe, czasie. Trenowałem za mało ? Chyba już więcej nie potrafię ! A może za dużo ? Inni trenują duuuużo więcej ode mnie ! Było za gorąco ? A może to wszystko za sprawą dokuczliwego kaszlu, którego się nabawiłem jakiś tydzień przed startem, gdy kończyłem kolejny, zimowy trening w lodowatym wietrze ? A może rozpocząłem ten maraton za szybko, biegnąc z początku w grupie na 3:30 ? No, ale w końcu takie było założenie i pod taki wynik się przecież przygotowywałem. Gdybym wystartował z balonikami na 3:15 wytłumaczenie moich, rzymskich męczarni byłoby dość proste…
Co będzie dalej ? Też nie wiem, ale na razie odeszła mi kompletnie ochota na bieganie, a już maratonów w szczególności . Chyba wypada się już raczej pogodzić z nieuchronnym upływem czasu i z faktem, że jestem coraz starszy, a bariery 3:30 w maratonie po prostu nigdy nie złamię. I to chyba będzie najbardziej rozsądne podejście…

Zbliżamy się do mety (pierwszej)

Już za tydzień ogłosimy nazwiska pięciu osób, które zostaną wyposażone w zestawy “od stóp do głów” marki Adidas i dołączą do grona liderów naszego zespołu. Do końca tygodnia przyjmujemy jeszcze zgłoszenia. Przypominamy, aby wziąć udział w konkursie należy zarejestrować się na naszym blogu oraz na adres: blog@sklepbiegacza.plwysłać tekst o tematyce biegowej i swoje trzy cele na ten sezon.

Tydzień później, 28 marca, ogłosimy nazwiska osób, które zostaną przyjęte do naszego zespołu. Osoby te otrzymają koszulkę ze swoim imieniem i logo SklepBiegacza Team, jak również będą reprezentowały nasze barwy w zawodach. Każdy członek SklepBiegacza Team będzie również mógł zbierać punkty i wymieniać je na cenne (biegowe) nagrody.

Przypominamy również, że będzie to pierwszy “finał” naszego konkursu. Rekrutacja do naszego zespołu trwa przez cały sezon, więc każdy będzie mógł do nas dołączyć.

Do piór, Biegacze :)

Polska wersja językowa miCoach.pl – wystartowała!

Jakiś czas temu pisaliśmy o tym małym, sprytnym urządzeniu, które doskonale sprawdza się jako osobisty trener i “motywator”. Tym bardziej cieszymy się, że wystartowała polska wersja językowa. A oto notka producenta, dotycząca tego wydarzenia:

Szukasz sposobu, aby biegać szybciej i bardziej efektywnie? Wejdź na polską stronę miCoach.pl i w łatwy sposób poznawaj wszelkie funkcjonalności osobistego trenera miCoach Pacer!

  

Twój osobisty tłumacz – miCoach.pl

Na stronie www.miCoach.pl dowiesz się jak działa osobisty trener miCoach Pacer oraz inne urządzenia treningowe miCoach. Polski przewodnik www.miCoach.pl, w sposób jasny i łatwy, pomoże Ci zrozumieć stronę www.miCoach.com, służącą do rejestracji biegowego profilu i zaplanowania  treningu. Znajdziesz tam narzędzia, instrukcje oraz filmy video, w których lektor krok po kroku wytłumaczy Ci mechanizmy elektronicznego trenera. Teraz pozostaje Ci już tylko utworzyć swój profil na www.miCoach.com, wyznaczyć biegowy cel i monitorować postępy. Czas zacząć trening!

 

miCoach Pacer – co mogę dla Ciebie zrobić?

Dla tego słyszalnego w czasie rzeczywistym elektronicznego trenera, nie jest ważne, czy dopiero zaczynasz swoją przygodę z bieganiem, czy ambitnie trenujesz do kolejnego maratonu. miCoach ułoży dla Ciebie odpowiedni plan treningowy, który Cię zmotywuje i pomoże poprawiać wyniki.

 

Jak to działa?

Na platformie internetowej miCoach.com podajesz swój zamierzony cel biegowy i dostajesz indywidualny program ćwiczeń. Podczas treningu miCoach Pacer podpowie Ci, kiedy przyśpieszyć lub zwolnić, a to dzięki łatwym do zrozumienia strefom koloru, bazującym na pracy pulsometru bądź krokomierza. Jeżeli lubisz ćwiczyć przy muzyce, miCoach Pacer będzie współpracował z Twoim odtwarzaczem mp3.

 

Przełajem do Londynu

Już jutro w Bydgoszczy odbędą się Mistrzostwa Polski w biegach przełajowych. Weźmie w nich udział dwóch członków naszego teamu – Bartosz Nowicki i Radosław Kłeczek. Na dzień przed startem postanowiliśmy zadać im kilka pytań dotyczących tego startu oraz nadchodzącego sezonu

      1. Jak wyglądały Twoje przygotowania do przełajów i jak prezentuje się Twoja forma?

      2. Co oznacza dla Ciebie start w Przełajowych Mistrzostwach Polski?

      3. A jakie są twoje dalsze plany i najważniejszy cel w tym sezonie?


Bartosz Nowicki:

1.  Jestem po dobrze przepracowanym, miesięcznym zgrupowaniu na obozie wysokogórskim w RPA. W dobrym zdrowiu udało mi się tam wykonać dużą pracę objętościową.  Ostatni start na 3000m  na HMP, bezpośrednio po obozie  [Bartek zdobył srebrny medal, do złota zabrakło zaledwie 0,01sekundy - red.] był dla mnie testem wytrzymałościowym, który przeszedłem pomyślnie. Czuję się gotów.

2. Biegi przełajowe mają swoją specyfikę – często błotnista, miękka nawierzchnia, podbiegi oraz zbiegi i związane z tym znaczne zmiany tempa, zakręty i zmiany kierunku biegu,. Ja natomiast zdecydowanie lepiej czuję się biegając po płaskiej, twardej nawierzchni. Choć przełaje i dystans 4 km to nie moja specjalność, to start ten traktuje bardzo poważnie. Spodziewam się kilku szybkich konkurentów, ale ja jak zwykle dam z siebie wszystko w walce o medale i będę walczył o jak najwyższe miejsce na podium.

3.Tuż po przełajach wyjeżdżam na miesięczne zgrupowanie do Nowego Meksyku, gdzie będę trenował na wysokości 2600m npm, odpocznę nieco dopiero, gdy wrócę na święta do domu. Na chwilę obecną jestem zadowolony ze swojej formy – wszystkie testy i sprawdziany pokazują wzrost moich parametrów wytrzymałościowych, co świadczy, że duża praca objętościowa bez specjalnego szlifu już daje wyraźne efekty. Czeka mnie jeszcze dużo pracy nad wytrzymałością specjalną na głównym dla mnie dystansie 1500m, a jak na razie kolce tym roku miałem na stopach raptem 2 razy – podczas startów. Daje mi to podstawy, by spodziewać się, że przekuwanie “bazy” na docelową formę startową zaowocuje nowymi “życiówkami”, a to powinno skutkować zakwalifikowaniem się na tegoroczne mistrzostwa Europy i najważniejszą imprezę tego sezonu, czyli Igrzyska Olimpijskie.

 Radosław Kłeczek: 

1. Trenowałem 5 tygodni w Ostii pod Rzymem, gdzie łagodny klimat pozwalał mi na rozwijanie wysokich prędkości. Trening przebiegał pomyślnie i obyło się bez żadnych kontuzji czy chorób, więc liczę na udany występ.

2. Podobnie jak w roku ubiegłym startuję na dystansie 12km (rok temu Radek był drugi – red.) Starty w biegach przełajowych są dla mnie zawsze sprawdzeniem dyspozycji, elementem treningu do głównego sezonu  na bieżni. Nigdy nie szykuję się do tego typu imprez, biegam je z przygotowań wytrzymałościowych do sezonu. Oczywiście, gdy decyduję się na start – to zawsze chcę być jak najwyżej, nie ma odpuszczania.

3. W kwietniu i maju planuję trenować w górach. Moim celem jest uzyskanie jak najlepszego wyniku na dystansie 3000m z przeszkodami oraz kwalifikacja do reprezentacji na Mistrzostwa Europy i Igrzyska Olimpijskie. Wierzę, że jestem w stanie tego dokonać. Trenuję, by spełniać swoje biegowe marzenia.

 

Obu zawodnikom dziękujemy za krótką relację z przygotowań i życzymy powodzenia w Bydgoszczy oraz zbliżającym się sezonie.

 

SklepBiegacza.pl

 

Czy te góry coś mi dadzą ?

No, łatwo nie było ! Pierwszego dnia tak mnie przytkało, że ledwo skończyłem te, pierwsze zakopiańskie 14 kilometrów. Na odcinku 5 km – start na poziomie 779 metrów i nieustający podbieg do 912 m npm, potem znowu w dół na 800 m i kolejny podbieg – tym razem na odcinku 2,5 km – do 906 m npm. Tam, już myślałem, że wypluję płuca, a nogi nie zrobią kroku. Na szczęście potem było już tylko w dół… I tak codziennie, przez pięć dni bez przerwy. Co z tego wyniknie w tym Rzymie ? Nie wiem… Po pierwsze w tych górach byłem chyba za krótko, po drugie nie mam już 20 lat i wiem z doświadczenia, że nie wszystkie „sprawdzone” na innych metody treningowe dobrze na mnie działają. Może na przykład przesadziłem, a ten górski trening mnie po prostu do reszty wyeksploatował ? Już niedługo się okaże… W każdym razie, osobiście uważam, że w tych przygotowaniach do maratonu w Rzymie dałem z siebie wszystko co mogłem (nigdy jeszcze nie biegałem maratonu już w marcu !). Jeżeli ten start okaże się sportową porażką to będzie znaczyło, że albo doszedłem do kresu moich obecnych możliwości, albo popełniłem jakieś błędy w przygotowaniach, albo jedno i drugie… A może wcale nie będzie tak źle i tylko dzisiaj wszystko tak mi się jakoś czarno widzi ? Przede mną jeszcze tylko 2-3 lżejsze treningi i wylot do Rzymu. Oby tylko pogoda, w niedzielę 18 marca była łaskawa i pięta nie bolała…

Oto profil mojej ulubionej, zakopiańskiej trasy…

 

 

 

 

W Zakopanem nie biegałem sam. Miałem bowiem towarzysza, który codziennie rano przebiegał ze mną te 14 km i zawsze był szybszy ode mnie ! Na końcu, kiedy ja popijałem Vitargo, on nic nie pił, tylko zajadał śnieg dla ochłody… Niestety, nie wiem gdzie mieszkał, ani jak się nazywał, ale był naprawdę świetnym biegaczem. Pojawiał się codziennie rano niewiadomo skąd i biegł razem ze mną obszczekując po drodze wszystkie samochody, które według niego jechały zbyt szybko. W nagrodę zawsze na coś się załapał (kiełbaska, paróweczki, pasztecik, itp.)

 

Mój biegowy towarzysz z Zakopanego…

 

Death or Glory

Kolejna krzepiąca historia, która pokazuje, że bieganie to naprawdę sport dla wszystkich. Autorem jest Krzysztof Wierzbicki.

 

1994.

Mam 12 lat, słońce ogrzewa mi twarz, jestem zmęczony i zły.

- Nie dam rady – wiem to na pewno – kłębi mi się w głowie.

Trwa lekcja wuefu, sprawdzian w biegu na 1000 metrów. Wyglądam źle, koszulka opięta na zbyt dużym brzuchu, na nogach obcisłe spodenki. Startuję. Z szybkością i wdziękiem mola książkowego pokonuję kolejne metry. Czerwcowe słońce jest moim wrogiem, gdyby padał deszcz nie musiałbym kręcić tych idiotycznych kółek na bieżni. Nie daję rady, po 600 metrach bardziej idę niż biegnę. Koledzy z klasy śmieją się ze mnie, tumany kurzu unoszą się nad żużlową bieżnią i drażnią mi gardło. W nosie mam kurz, na sobie mam kurz, cały jestem kurzem. Gdy myślę o tym, że to koniec i czas zejść z trasy, podbiega do mnie jeden z kumpli i motywuje do dalszej walki. Pomaga mi. Razem dobiegamy na metę. Do dziś pamiętam tę radość
i szczęście, że mi się udało. I czas, chyba najsłabszy w klasie.

2012.

Mam 30 lat, słońce ogrzewa mi twarz, jest luty. Biegnę w 10 stopniowym mrozie, jestem zadowolony i spokojny. W uszach słuchawki, dziś gra Joe Strummer i śpiewa buntownicze piosenki. Mam za sobą 7 km, przed sobą jeszcze 3.

Cztery miesiące wcześniej miałem 20 kg nadwagi, siedziałem po
12 godzin dziennie przed komputerem i hodowałem swój przyszły zawał.
I zmieniłem to. Wyszedłem pobiegać i chyba nigdy nie wróciłem.

Teraz mam 10 kg mniej, biegnę przed siebie mroźnym popołudniem
i myślę o tym, że pięknie jest żyć. Pięknie jest zmieniać siebie, przełamywać
w sobie wszystko co złe. Za mną pierwszy krok, przede mną tysiące.

Śmierć lub chwała – śpiewa Joe. Każdy ma dostęp do swojego prywatnego zwycięstwa, wystarczy tylko zacząć biec. A potem się nie zatrzymywać…